Wszystko ma jakiś ukryty sens



Chyba w tym poście najtrudniej jest mi skleić pierwsze zdanie, dlatego, że czekał w kopiach roboczych dwa miesiące. Taka mała ironia, że wpadłam sobie na pomysł aby napisać dla Was post o tym, że złe doświadczenia, nieszczęścia czegoś nas uczą. Że każdy z nas powinien docenić to co ma. Ironia polegała na tym, że pisałam ten post i za moment musiałam przerwać bo ... zaczął palić się mój dom.





Przez moment miałam go usunąć. Myślałam sobie w jaki sposób może mnie wzmocnić pożar własnego domu ? W jaki pozytyw to przekuć ?
Dobrze, że go nie usunęłam, bo potrzebowałam dużo czasu aby to zrozumieć i wyciągnąć wnioski.

Bo wiecie przyszło nam żyć w czasach gdzie liczą się pieniądze, kto ma czegoś więcej, kto ma lepszy dom, samochód, kto ma fajniejszych rodziców. Chcemy być jak najbardziej lubiani, podziwiani, pokazywać jak fajne i bezproblemowe życie prowadzimy, jak dużo podróżujemy. Jednocześnie jesteśmy coraz bardziej samotni i nieszczęśliwi. Co takiego się dzieje, że się gubimy ? Nie wiem.

Coraz trudniej nam odnaleźć radość w prostych rzeczach. Zachowujemy się jak nakręceni, żyjemy w pogoni do czegoś, sami nie wiemy do czego. Żyjemy obok ludzi i przestajemy się zagłębiać w interakcje społeczne. Fajnie jest wyjść na dyskotekę, fajnie zaprosić na urodziny i pokazać jakich się ma znajomych, fajnie spotkać się czasami na kawę, odbębnić i odezwać się ponownie za miesiąc, fajnie napisać i pochwalić się czymś nowym. Trudniej natomiast usiąść przy kawie i posłuchać o tym, że komuś jest źle, trudniej potrzymać za rękę kiedy ktoś się boi, trudniej trwać przy kimś kiedy przeżywa własną tragedię. Takie sytuacje wymagają od człowieka za dużo. Za ciężko okazać serce, za ciężko znaleźć godzinę w swoim napiętym grafiku i za ciężko wyrazić współczucie. Zresztą to jest nudne. Po prostu nam się nie chce. Lepiej przeczekać i spotkać się później na drinku lub wspólnej zabawie. Teraz mamy Instagrama, Facebooka - wystarczy odświeżyć i już wiesz co u kogo słychać. Można uspokoić swoje sumienie.

Fajnie czasami pomyśleć o świecie, który był pozbawiony właśnie Instagrama czy Facebooka. Kiedy nie wiedziałaś co u kogo słychać dopóki do niego nie napisałaś. I mówię to ja, która dużo czasu poświęca tym platformom i wielu innym i znajduje w nich swoje hobby. Ale jest też druga strona medalu. Zaczęłam dostrzegać te ciemne strony. Jest to miejsce na którym trwa totalny wyścig szczurów, miejsce gdzie chwalimy się nowymi samochodami, zakupami, wyjazdami i wakacjami 6 razy w roku. Kiedy wystawiamy zdjęcia ze swoją miłością, żeby zapewnić każdego, że naprawdę jesteśmy kochani i szczęśliwi. Kiedy dodajemy zdjęcia z imprez ze znajomymi, żeby nikt nie pomyślał, że czasami ich nie mamy.
Oczywiście jest to również miejsce, które ma dużo plusów. Miejsce gdzie poznajemy fantastycznych ludzi, którzy okazują nam wsparcie, miejsce gdzie łatwo komuś pomóc, bo apele o pomoc rozprzestrzeniają się z prędkością światła (przecież to właśnie dzięki m.in instagramowi udało mi się tak szybko zebrać pieniądze na remont domu). Jest to fajne miejsce dla osób, które potrafią się od tego odciąć i korzystać z głową.

Ale nie o samych social mediach miało być, a o tym, że stajemy się obojętni i poddajemy się pędowi świata.
Martwimy się rzeczami, które totalnie nie mają znaczenia. Mamy zły humor bo deszcz, bo włosy się źle układają, bo trzeba iść do pracy, trzeba się uczyć.
Myślimy, że mamy życie w garści, ale tak nie jest. Jest zupełnie odwrotnie. To ono ma nas.

Pierwszy raz przekonałam się o tym przy chorobie dziadka. Wiedziałam, że ludzie chorują, umierają ale przecież to nie dotyczyło mnie. Przecież nie ma rzeczy na które totalnie nie mamy wpływu. Bo przecież jak się czegoś bardzo chce to można, prawda ? No właśnie nie.
Nie lubię wracać myślami do tamtego momentu, bo do tej pory uważam, że była to najtrudniejsza sytuacja w jakiej się znalazłam. Dziś nie potrafię sobie wyjaśnić tego jak funkcjonowałam, jak mogłam chodzić, jeść, spać, słuchać tych wszystkich strasznych rzeczy które mówił do mnie lekarz. Nie potrafię sobie na to odpowiedzieć. Jest to sytuacja, której nie da się również wymazać z pamięci, zapomnieć, bo przecież odeszła osoba, którą kochałam. Są sytuacje z którymi nie uporamy się już nigdy i które zostawią w nas jedną, wielką dziurę. Wspomnienia będą do nas wracać jak boomerang. Przy melodii, którą kojarzymy z daną osobą, przy zapachu, przy konkretnej sytuacji.
Śmierć osoby, którą kochamy to jeden z tych momentów w których upadamy i mamy wrażenie, że już się nie podniesiemy. Ale podnosimy. I funkcjonujemy, czasami lepiej a czasami gorzej, ale jednak. Jedno jest pewne. To otwiera nam oczy. Moje wyobrażenie o życiu po śmierci dziadka zmieniło się o 180 stopni. Już nie było ważne czy pada deszcz czy świeci słońce. Czy mam włosy dobrze ułożone czy źle. Czułam się tak samo, jakkolwiek by nie było. Czułam ogromną pustkę, że mój telefon milczy chociaż wcześniej narzekałam, że dzwoni zbyt często.
Przeżyłam wiele cudownych chwil i wiele bardzo ciężkich, tyle rzeczy chciałabym dziadkowi opowiedzieć a nie mogę. A kiedy był nie doceniałam tego, że mogę mu się czymś pochwalić, coś powiedzieć. To był pewniak, który miał trwać i nigdy się nie kończyć. I jest to jedyna sytuacja w moim życiu z której nie potrafię wyciągnąć żadnego pozytywu. Jest mi po prostu z tym źle i będzie na zawsze kiedykolwiek o tym pomyśle. Czy teraz, czy za 20 lat. Tęsknota za tymi których kochamy nie mija nigdy.






Ze swoją chorobą chyba zdążyłam się już dobrze zaprzyjaźnić. Nie opuszcza mnie od 7 lat.
Właściwie dopiero w sierpniu tego roku napisałam Wam dokładnie na co choruje i na czym ta choroba polega. Wcześniej się w to nie zagłębiałam, ale teraz stwierdziłam, że dlaczego nie ? Jest tyle chorób o których nie mamy pojęcia, a przecież żadna choroba nie jest wstydem. Może przydarzyć się każdemu i na każdym etapie życie.
Kiedy napisałam Wam całą historie moich odm oprócz tych reakcji współczujących, podnoszących na duchu były również takie : "O matko, na insta wcale nie widać, że tak ciężko chorujesz" albo " W życiu bym nie pomyślała, że na coś chorujesz". To trochę zabawne w kontekście tego co napisałam wcześniej. W social mediach kreujemy takie życie jakie chcemy. Jeśli nie chcemy podać jakiejś informacji dalej to tego nie robimy. Instagram, w ogóle internet tworzy mylne wyobrażenie o kimś. Dlatego powinniśmy mieć dystans do tego co oglądamy.

Często chcemy, żeby ludzie kojarzyli nas z czymś fajnym, dobrym i pozytywnym, ale wiele rzeczy, które nam się przytrafia to po prostu samo życie. Z czasów operacji i choroby robiłam wiele zdjęć. Dla siebie. Ale dziś postanowiłam je tutaj dodać. Bo nie widzę w nich nic złego. Choroba jak wiele innych. A jeśli ktoś spojrzy na nie i doceni w ten sposób swoje zdrowie to będzie to już dla mnie sukces.









Drenaż to najmniej przyjemna część mojej choroby. Rurka, która włożona jest aż do płuc. Przy niej boli każdy ruch, oddech. O kaszlu nawet nie wspominam, bo to jest prawdziwe piekło. Byłam na silnych lekach przeciwbólowych ponad miesiąc, dzień w dzień. Z drenem zostałam wypuszczona do domu. Musiałam się z nim kąpać, spać, uważać żeby gdzieś nie zahaczyć. A na koniec jest wyciągany bez żadnego znieczulenia. Tutaj akurat nie taki diabeł straszny jak go malują, bo bardziej działa wyobraźnia. Wyciągnięcie go boli na pewno dużo mniej niż samo noszenie go i trwa kilkanaście sekund.
Z żadnej odmy nie wyciągnęłam tyle wniosków co z ostatniej. Byłam w szpitalu prawie miesiąc. Przeszłam dwie operacje, została mi usunięta cała opłucna oraz płuco zostało przyklejone do ściany klatki. Do dziś mam spuchnięte żebra po prawej stronie, brak czucia i wiele innych dolegliwości. Ale jeśli te wszystkie dolegliwości mają zakończyć szereg nawracających odm to mimo wszystko było warto. Zresztą nie miałam wyjścia. Ta choroba niewątpliwie bardzo mnie wzmocniła. Psychicznie oczywiście, bo fizycznie mam wrażenie,że każda odma mnie osłabia. Zupełnie inaczej patrze na życie. Zobaczyłam jak czas w szpitalu płynie inaczej. Jak człowiek jest bezsilny w obliczu choroby. Widziałam straszne cierpienie ludzi i chyba to w szpitalu boli najbardziej. Ból fizyczny jest do wytrzymania, jakikolwiek by nie był, ale psychicznie ciężko udźwignąć widok czyjegoś cierpienia. Dlatego uwierzcie mi, że nie ma na świecie nic ważniejszego jak Wasze zdrowie i bliskich, których kochacie.









Pożar domu, który wydarzył się miesiąc po moim wyjściu ze szpitala jest dla mnie wciąż dość świeży. Póki co nie chce wracać do tego myślami. Nie chcę sobie dokładnie wszystkiego przypominać, bo staram się zapomnieć o tym co się stało, co przeszliśmy a zacząć myśleć o tym pozytywnie. Ciągle mam z tyłu głowy, że to wszystko mogło skończyć się inaczej. 
Wiecie ile czytałam kiedyś takich historii? Ile oglądałam takich sytuacji w wiadomościach ? Ile słyszałam o tym w radiu ? I nigdy, nawet przez moment nie przeszło mi przez myśl, że kiedyś znajdę się w takiej sytuacji. Ale to tylko mi pokazało, że życie naprawdę jest nieprzewidywalne i że to może spotkać każdego. W jednym momencie zostaliśmy bez dachu nad głową. Do domu nawet ciężko było wejść bo zapach był straszny. Staliśmy i nie wiedzieliśmy od czego zacząć i co dalej. Nie wiedzieliśmy gdzie się podziać razem z 4 psami. W tamtym momencie myślałam, że coś skończyło się na zawsze. Byłam tylko wdzięczna, że nic nam się nie stało i że w ostatniej chwili udało nam się uratować ostatniego czworonoga, który został w domu kiedy zadymienie było już potworne. 
Ale teraz po 2 miesiącach staram się patrzeć tylko pozytywnie na to wydarzenie. Pomijając fakt, że pozostał strach, ciągle nałogowo sprawdzam czy wszystko jest wyłączone, czy coś gdzieś nie może się zapalić. I ten strach, te nerwy pewnie jeszcze trochę będą nam towarzyszyć. 
To wydarzenie jednak nauczyło mnie bardzo dużo i otworzyło oczy na wiele spraw. Tak jak wspominałam, taka tragedia może dotknąć każdego z nas. Ale najważniejsze to móc tą tragedie z kimś dzielić.

Pomimo tych wszystkich tragedii, które spotkały nas w tym roku mogę śmiało powiedzieć, że jesteśmy w stanie pokonać wszystko dzięki ludziom którzy są obok nas. Dzięki tym prawdziwym, dobrym. Ja nie byłam w stanie myśleć o tym od czego mamy zacząć, co robić. To oni byli na miejscu, sprzątali, wynosili wszystkie rzeczy, pakowali nas, załatwiali transport, pomagali we wszystkim od początku do końca. I co najważniejsze podnosili nas na duchu. I kiedy o tym piszę mam łzy w oczach, bo mimo tego co przeszłam to uważam, że było warto. Że to było potrzebne abym zobaczyła kto tak naprawdę jest prawdziwym przyjacielem, na kogo można liczyć kiedy upadasz na samo dno. I będę im za to wdzięczna do końca świata. Że są na dobre i na złe. Że nawet nie muszę ich prosić o pomoc, bo oni po prostu wiedzą. I w całym tym nieszczęściu mam ogromne szczęście, że otaczam się takimi ludźmi. Dzięki nim wiem, że nie ma już rzeczy niemożliwych. Że nigdy nie zostanę sama. Że przyjadą choćby w środku nocy.
To ludzie tworzą nasze życie. To oni dodają nam siły. I jeśli mogę wyciągnąć jakieś pozytywne wnioski z tego, że straciliśmy dom to właśnie fakt, że to zweryfikowało ludzi wokół mnie. Zobaczyłam kto był tylko wtedy kiedy jest dobrze, a kto został w sytuacji w której musiał wyciągnąć rękę, otworzyć serce, poświęcić siebie, odpuścić coś sobie aby pomóc nam. 
I naprawdę to wydarzenie mnie wzmocniło. Ważne jest aby pielęgnować relacje, przyjaźnie. Aby robić coś dla kogoś bezinteresownie bo uwierzcie mi, że wtedy jesteśmy w stanie pokonać wszystko. Gdyby nie pomoc innych nie wiem na jakim etapie byśmy byli w tym momencie. A teraz wiem, że nie ma sytuacji, której nie jesteśmy w stanie jakoś zaradzić jeśli mamy ludzi, którzy wyciągają do nas rękę i stoją za nami murem. 

Mam nadzieję, że ten koniec roku będzie również końcem wszystkich złych doświadczeń i że teraz będę mogła celebrować same pozytywne chwile z ludźmi, których kocham !














Julka Gąsior

3 komentarze:

  1. Przeszłaś już tak wiele... Mam nadzieję, że wszystko będzie szło po Twojej myśli i nadchodzący czas będzie jedynie zlepkiem radosnych chwil :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja zauważyłam, że przykre doświadczenia zdecydowanie za bardzo zmieniają człowieka, często na gorsze. Wiem po sobie, że ciężko mi się pogodzić z tym, że jestem inną osobą, niekoniecznie taką, którą pod każdym względem lubię i akceptuję. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo zdrowia. Wytrwałości. Juz to kiedyś do Ciebie pisałem...
    Dom odbudujesz, byle fachowo, to nie będzie się "sam zapalał".
    Miałaś ubezpieczenie domu?

    OdpowiedzUsuń